Sceny łóżkowe

sennik babiloński
"Sceny łóżkowe" Adama Wiedemanna. Zbiór kilkudziesięciu snów pracowicie zapisywanych w ciągu trzynastu lat - prywatny senniki, w swojej prostocie i rzekomej dosłowności niemający chyba w polskiej literaturze precedensu, na przemian pasjonujący, komiczny, niepokojący

Czy wiedzieliście Państwo, że Zofia Nałkowska była zakochana w Witoldzie Gombrowiczu? Gombrowicz był wtedy kosmonautą - brał udział w wyprawie międzyplanetarnej; pisali do siebie listy, a Nałkowska, żeby się nie zestarzeć, poddała się hibernacji.

Kto wymyślił tę pyszną historyjkę? Senna wyobraźnia Adama Wiedemanna. Jego "Sceny łóżkowe" to zbiór kilkudziesięciu snów pracowicie zapisywanych w ciągu trzynastu lat (1987-2000). Powstał dzięki temu prywatny sennik, w prostocie swojej i rzekomej dosłowności niemający chyba w polskiej literaturze precedensu. Lektura jest na przemian pasjonująca, komiczna, niepokojąca. Ukazuje bowiem klęski, zwycięstwa i kompromisy zawierane przez wyobraźnię z rzeczywistością.
Freud, brat Józefa
Istnieją rozliczne szkoły interpretowania snów. Najstarsza z nich, zapoczątkowana przez biblijnego Józefa, traktuje sen jako zapowiedź przyszłości. Najbardziej wpływowa, freudowska, rozumie go jako aktywność sfery podświadomej, w której tkwią stłumione pragnienia. Jest wreszcie szkoła trzecia, socjologizująca: sen jest dla niej opowieścią o kulturze, do której należy śniący. Sen tak traktowany nie przestaje być przejawem pragnień profetycznych i pracy podświadomości, lecz przede wszystkim przetwarza to, co przytrafiło się nam wśród ludzi. W tekście snu mieści się marzenie, przewidywanie i korekty rzeczywistości, lecz wszystko to utkane jest z elementów zaczerpniętych z doświadczenia. Kiedy w ten sposób czytamy cudzy sen, zyskujemy szansę poznania zarówno śniącego, jak i symbolicznego porządku, w którym żyje. A jeśli jest to nasz porządek - również samych siebie.

Taką właśnie okazję stwarza książka Wiedemanna.

Pierwszą zaskakującą rzeczą w tym senniku jest nieustanna obecność treści narodowych - i to w wydaniu popularnym. Narodowa oniroteka w "Scenach łóżkowych" nie jest zbyt bogata, lecz nawet niewielki zbiór stałych motywów wystarczy, by obsłużyć znaczną część polskiej historii i śledzić, jak nasz bohater zdaje sprawdzian z przynależności do narodu.

Oto na przykład w jednym ze snów bohater podczas pobytu za granicą doznaje napadu lęku, bo uświadamia sobie, że nie jest ochrzczony; w innym jakaś kobieta proponuje mu pracę, ale ludzie mówią o niej, że jest "stalinówką", która dorobiła się majątku dzięki koneksjom komunistycznym; w jeszcze innym bohater widzi, jak psy atakują wnuków królowej brytyjskiej, która przyjechała z wizytą do Polski w 1990 r.; w kolejnym hitlerowcy urządzają w Krakowie łapanki; w jeszcze innym bohater zostaje wcielony do wojska, a chwilę później czyta wiersz kończący się słowami, że "polegnie na polu chwały".

Widać więc, jak pamięć i podświadomość organizowane są przez imaginarium narodowe. Mieszają się tu obowiązki patriotyczne, oznaki zbiorowej tożsamości, narodowa podejrzliwość, kompleksy i ambicje. W magazynie tym "zbiorowe" wślizguje się w fabuły heroiczne, o których marzy każdy chłopak. Ale podsuwa także figury poświęcenia: heroizm może bowiem być zwycięski, ale może także prowadzić do klęski. Śmierć, rany, niebotyczny trud podjęty dla wspólnej sprawy muszą zostać w gramatyce narodowej skojarzone z tym, co piękne i wzniosłe. To dlatego zwrot "polec na polu chwały" pojawia się w książce podarowanej przez dziewczynę. Namiętny szept Ojczyzny mówi do młodego człowieka: "Poświęć się za mnie! Walcz o mnie!". Albo pyta: "Czy już jesteś gotowy na przyjęcie narodowego chrztu?". Katolicyzm miesza się tu z nacjonalizmem, wojna ze współczesnością, ksenofobia z internacjonalizmem.

W tych snach odsłania się jednak nie tylko ubóstwo i natręctwo naszych narodowych znaków, lecz także gorączkowa praca wyobraźni, która próbuje znaleźć dla bohatera jakieś wyjście z matni. Do spokojnego snu potrzebne jest rozwiązanie harmonijne - takie, w którym bohater zachowa twarz, a zarazem wyjdzie cało z pola bitwy.

Normalna utopia

Wyjście z historii prowadzi w stronę osób z najbliższego otoczenia. Snów, w których występuje rodzina i przyjaciele, jest wiele. Kiedy skonfrontujemy je z wcześniejszymi, okaże się, że stanowią one przeciwwagę dla sennika polskiego. To, co w nich się przytrafia, nie wynika z więzów zbiorowej tożsamości i nie kończy się triumfem czy klęską. Należą raczej do utopii dobrej społeczności, w której wszyscy żyją pogodnie - bez walki, bez konkurowania ze sobą, bez odwoływania się do "wspólnych obowiązków". Właśnie w tych snach dochodzi do głosu bliska więź, ciepło, sympatia.

Rzecz ciekawa: seks w tych snach nie jest podporządkowany podziałom płciowym, ale zarazem jest wstrzemięźliwy niczym w marzeniach podlotka. Bohater miewa marzenia homoerotyczne, ale ważniejszy od seksu jest w nich kontakt - przytulenie, pocałunek, przebywanie ze sobą. Tak prawdopodobnie przejawia się marzenie o "normalności", w której nic nie jest zakazane, ale też nic nie jest czynione nad miarę.

Wynika z tego jednak, że bohater Wiedemanna śni całkiem przeciętnie: treści narodowe pochodzą z serialu "Czterej pancerni i pies", zaś treści prywatne - z utopijnego marzenia o społeczności funkcjonującej jak rodzina. Wszystko zatem jest, znowu, na miarę polskiej kultury symbolicznej - trochę tragizmu, trochę sielanki. Wolność zabierana przez sennik narodowy zostaje zwrócona przez sennik matriarchalny. Wystarczy życzliwość, tolerancyjność, cielesne ciepło, przytulny seks. Bohater czuje się wolny tam, gdzie czuje się dobrze.

Czy to wszystko?

Najbardziej osobne i niepokojące okazują się sny, których sprzeczności nie dają się rozwiązać. W tych snach lęk nie znajduje rozładowania. Są to sny ze zwierzętami.

Właśnie wtedy, gdy w onirycznych fabułach pojawiają się ssaki, owady, ptaki, odsłaniają się przed nami największe lęki bohatera. Boi się on przede wszystkim obcości świata. To ogólnikowe słowo skrywa prosty koszmar, który każdego z nas od czasu do czasu nawiedza - to, co zdołaliśmy w świecie pokryć siatką znaczeń, jest tylko wierzchnią warstwą, zbiorem pozorów, widowiskiem przez nas samych pieczołowicie reżyserowanym. Kiedy zaś choćby na chwilę zamkniemy oczy, świat pod naszymi powiekami rusza w absurdalny taniec; wyzwolony z naszego spojrzenia odsłania prawdę - czyli bezsens, absurd, plątaninę znaków bez znaczenia. Niepojętą obcość wszystkiego.

W snach Wiedemanna co rusz pojawiają się koszmarne przepoczwarzenia: w muszli klozetowej ktoś znajduje robaka, ale robak okazuje się kotem zrobionym z włóczki - "wychodzi z kibla, cały mokry, ociera się nam o nogi"; mucha rodzi ludzkie dziecko, małe pieski zjadają ścierwo starego psa, pajęczyca, której okno zmiażdżyło tylne odnóża, mówi: "Jestem jakimś wielkim darem unoszącym się nad wami"; niedorozwinięte dzieci tworzące orkiestrę trzymają w ustach karaluchy, które bzyczą: "Jednemu chłopcu karaluch wyrywa się, odfruwa, w ustach chłopca zostaje poruszający się odwłok".

Zwierzęta biorą tu swoisty odwet - w polskim uniwersum symbolicznym zredukowane do znaczeń prostych, pozostają tak naprawdę zastępczym językiem dla wszystkiego, czego kultura nie zdołała oswoić: wchłanianie, wydalanie, śmierć, rodzenie, umieranie, dźwięki, zapachy, wyglądy. Dlatego, kiedy zwierzęta pojawiają się we śnie, pojawia się lęk. Są z niezagospodarowanego świata. I za to nawet we śnie zostają ukarane brzydotą.

Krótka historia snów

Sennik Wiedemanna to - przynajmniej do połowy - lektura pasjonująca. Jego książkę można ustawić na półce obok wcześniejszych oniriad naszej literatury. Modernizm - przypomnijmy "De profundis" Przybyszewskiego (1895), "Sny Marii Dunin" Irzykowskiego (1903), "Nietotę" Micińskiego (1910) czy "Halucynacje" Licińskiego (1911) - traktował sny jako potęgę twórczą, która dla swojego spełnienia musi odsłonić najgłębsze pokłady duszy. W dwudziestoleciu międzywojennym sen podpowiadał, jak komponować powieść ("Cudzoziemka" Kuncewiczowej, "Zazdrość i medycyna" Choromańskiego) i jak scalić osobowość. U Wiedemanna sen dostarcza przede wszystkim opowieści. Pisarz stylizuje swój zapis na "wierny", zachowując proste scenki, wyraziste postaci i jasną tożsamość osób występujących w prywatnym imaginarium. Modernista nie zrozumiałby, jak można śnić to samo, czym się żyje. Pisarz awangardowy zdziwiłby się, że można zostawić sny w stanie nieprzetworzonym.

Tymczasem konwencja zaproponowana przez Wiedemanna - trochę zabawowa, trochę emancypacyjna - ujawnia, że z punktu widzenia jednostki cała rzeczywistość symboliczna, do której należymy, jest zbiorem obcości. W "Scenach łóżkowych" obco przedstawia się przecież historia narodowa, sfera obyczajowa oraz wszystko, co dzieje się z ludzkim ciałem. To dlatego Wiedemann uważa, że nie musi przetwarzać swoich snów. Ich logiczna nieskładność, groza i śmieszność to nasza rzeczywistość pozbawiona spoiwa tworzonego przez konwencje. Problem z książką Wiedemanna polega więc na tym, że niewiele chce on od snu się dowiedzieć. Bo taką rzeczywistość, jaką przedstawił, widać również z otwartymi oczami. Może tylko bywa nieco mniej śmieszna.

Sceny łóżkowe
Adam Wiedemann
Korporacja ha!art, Kraków

info z gazetawyborcza.pl