
Po raz kolejny pojawiła się w naszej literaturze koniunktura na prozę dokumentalną, reportażową, na wszelkiego rodzaju autobiograficzne zapiski "z głowy" i "z pamięci". Świadczy o tym chociażby zestaw książek, które znalazły się w finale tegorocznej nagrody Nike.
Nie dziwi więc, że wydawcy na gwałt szukają pisarzy kultywujących ogródki i ogrody pamięci. Tyle tylko że często efekty takich gorączkowych poszukiwań bywają mizerne. I tak jest w przypadku książki Mariana Marzyńskiego.
Proza wspomnieniowa jest dobra i interesująca wtedy, gdy prezentuje niezwykłe ludzkie losy albo w niebanalny, atrakcyjny literacko sposób przedstawia autobiograficzny konkret. Wydawać by się mogło, że historia, z którą Marzyński przychodzi do czytelnika, powinna być zajmująca. Autor, który "Sennikiem polsko-żydowskim" debiutuje jako pisarz, jest znanym i cenionym dokumentalistą filmowym pochodzenia żydowskiego. Choć kwestia pochodzenia i tożsamości jest u Marzyńskiego dosyć pokomplikowana, bo w końcu w zamykającym książkę fikcyjnym wywiadzie na pytanie: "Kim się pan czuje? Polakiem czy Żydem?", pisarz odpowiada: "Jednym i drugim, również trochę Duńczykiem, sporo Amerykaninem i do pewnego stopnia Francuzem, właściwie mam związki z całą Organizacją Narodów Zjednoczonych". Marzyński urodził się w roku 1937, udało mu się przeżyć Zagładę dzięki pomocy księdza i zakonników, w PRL-u robił karierę jako reżyser telewizyjny i autor filmów dokumentalnych, w 1969 roku wyemigrował do Danii, a potem osiadł w Stanach Zjednoczonych. Już ten skrótowy biogram potwierdza, że autor sporo przeżył, wiele doświadczył. Czy bogactwo życiowych doświadczeń przekłada się na jakość prozy "Sennika "?
Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że świadectw tragicznych i pokomplikowanych żydowskich losów w XX wieku było już w naszej literaturze całkiem sporo. Dlatego książka Marzyńskiego może być rewelacją jedynie dla kogoś, kto wcześniej nie czytał podobnych tekstów. Tym bardziej że pisarz nie dodaje nowych elementów do wzorca żydowskiego losu, który znany jest z książek i dokumentów. Próbuje jedynie nadać swojej opowieści nowy ton, spowijając wspomnienia humorem i ciepłą ironią, dystansując się od martyrologicznej powagi i kwestii polsko-żydowskich rozliczeń z przeszłością.
Może więc chociaż Marzyński w jakiś niebanalny sposób przystrzygł swój tekstowy ogród pamięci? Autor "Sennika " nie jest, niestety, tak sprawnym rzemieślnikiem słowa, jak choćby Janusz Głowacki, który byle historyjkę umie zamienić w ciekawą anegdotę. Książka Marzyńskiego ma formę fragmentarycznych, nieco chaotycznych zapisków, w których wyróżnić można kilka głównych wątków tematycznych. Autor przedstawia wyimki z własnego życiorysu i z historii swojej rodziny (ilustrowane fotografiami z rodzinnych albumów), wypisy z codzienności, opisuje żydowskie losy, pokazuje w nieco krzywym zwierciadle specyfikę amerykańskiego stylu życia. Całość ożywić mają, jak sądzę, opisy snów, które odgrywają ważną rolę w życiu pisarza. Jednak Marzyński nie ma zbyt wiele do powiedzenia na temat roli snów w jego życiu, a same opisy snów są najczęściej wariacjami na temat realnych zdarzeń, dalekimi od onirycznego rozpasania wyobraźni.
Na pewno w książce Marzyńskiego znajduje się sporo tzw. życiowej prawdy, poruszających, a nawet wstrząsających okruchów pamięci. To jednak w tym przypadku za mało, przydałoby się jeszcze trochę literatury.
Marian Marzyński, "Sennik polsko-żydowski", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa
info Gazeta Wyborcza